Wizyta w fabryce Lubelli

28 marca wraz z innymi blogerami miałam okazję zwiedzić fabrykę Lubelli. Tym razem nie musiałam nic planować, pakować się, ani wcześniej wstawać, bo od miejsca spotkania dzieliło mnie tylko 6 km. Bardzo lubię poznawać produkcję „od kuchni” i cieszę się, że tym razem miało to miejsce w Lublinie.
fot. materiały organizatora

Na początek przedstawiono nam rys historyczny oraz gamę produktów, które ma w swojej ofercie Lubella. Nic zaskakującego, ale miło było posłuchać i poznać osoby, które są związane z Lubellą na co dzień.

Po krótkiej prezentacji przyszedł czas, by podzielić się na  grupy i zwiedzić fabrykę oraz młyn. Nasza rozpoczęła wycieczkę od „końca”, czyli od produkcji, a druga grupa wybrała się w tym samym czasie do młyna.

Żebyśmy mogli przekroczyć próg fabryki musieliśmy założyć szykowne wdzianka i niezwykle twarzowe czepki. Fabryka jak fabryka – głośno, dużo maszyn, wszędzie coś się dzieje. Zaskoczyło mnie jak niewiele osób jest potrzebnych do obsługi takiej produkcji – prawie wszystko robią maszyny! Widziałam tylko kilka osób nadzorujących.

Ciekawa była również wizyta w laboratorium – w końcu wszystkie produkty muszą spełniać określone normy. Również do tego jest potrzebny specjalny sprzęt, ale czynnik ludzi odgrywa już większą rolę. Na każdym etapie wszystko jest sprawdzane, bo taka marka nie może sobie pozwolić na pomyłkę.

Na koniec zajrzeliśmy do magazynu, by zobaczyć gdzie trafiają gotowe palety. Także tu technika odgrywa dużą rolę.

Ostatnim przystankiem na naszej trasie był młyn – nowoczesny, czysty, bez ani jednego grama pyłu w powietrzu. W takim miejscu mogłabym nawet przebywać na co dzień ja, mimo, że jestem alergiczką. Młyn jest w pełni zautomatyzowany. Na każdym kroku można jednak sprawdzić jak wygląda produkcja i czy wszystko działa jak należy.

Po zwiedzaniu wszyscy pojechaliśmy na Stare Miasto do restauracji Browar Grodzka15 na obiad. Po niedawnej wizycie u nich byłam zachwycona jakością makaronu, więc miałam nadzieję na pyszną ucztę. Niestety widać różnicę w jakości zamawianych dań, a takich z cateringu. A szkoda, bo zapowiadało się naprawdę nieźle.

Makarony albo rozgotowane albo niedoprawione. Desery przesłodzone – wiem, że dziwnie to brzmi – ale nawet moje koleżanki, które słodkie uwielbiają, nie były w stanie dokończyć swoich porcji. 

Dziękuję za zaproszenie! 
Print Friendly, PDF & Email
0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x