Trzy Znaki Smaku na Lubelszczyźnie

Równo tydzień temu czyli 19 i 20 lipca miałam okazję wziąć udział w cudownym wyjeździe na moją Lubelszczyznę. Wśród zaproszonych osób było sześciu kucharzy: Tomasz Trąbski (Concordia Taste), Tomasz Hartman (Szajnochy 11), Robert Harna (Warszawska Akademia Kulinarna), Łukasz Toczek (Metamorfoza), Tomasz Woźniak (Kitchen) i oczywiście Grzegorz Łapanowski jako ambasador kampanii. To zacne grono uzupełniali blogerzy oraz organizatorzy i specjaliści.

 

 

Ja do wesołego autokaru dołączyłam dopiero w Sandomierzu, w drodze ku poznaniu słynnej wrzawskiej fasoli. We Wrzawach uzyskali dla swojego produktu oznaczenie ChNP czyli znak Chronionej Nazwy Pochodzenia. O samej fasoli mogę napisać, że jest tyczkowa, ma dużo cieńszą skórkę i krócej się gotuje. Można wyczarować z niej naprawdę wiele wspaniałych dań, o czym przekonaliśmy się przy suto zastawionym stole, na którym królowały lokalne potrawy. Mnie zachwyciła zwłaszcza sałatka i ziemniaki z fasolowym farszem – koniecznie muszę odtworzyć je w domu, zwłaszcza, że zostałam obdarowana opakowaniem takiej fasoli.

 

 

 

Po spacerach i wykładach na temat uprawy fasoli, jej zdrowotnych i innych równie ciekawych walorów, skierowaliśmy się w stronę Sandomierza na lunch do restauracji Sarmackiej. Moją opinię możecie przeczytać w jednym z poprzednich wpisów. Następnym przystankiem, a właściwie docelowym miejscem tego dnia był Janowiec i kolacja na zamku. Jako fanka wszelkich ruin byłam chyba jedną z najbardziej zadowolonych osób tego wieczoru.

 

W oczekiwaniu na kolację można było spacerować po zamku i okolicach, a upalny wieczór umilał kieliszek prosecco. Każdy chętny mógł też pomóc w przygotowywaniu kolacji naszym szefom kuchni. Ja jednak wybrałam dyskusje o nalewkach na bazie wiśni nadwiślanki. Dyskusja była smakowita, nalewka jeszcze bardziej. Po jakimś czasie na stoły trafiło pierwsze danie: ser koryciński z palonym chlebem prądnickim (ChOG), wiśnią nadwiślanką (ChNP) i pomidorami przygotowane przez Tomasza Harmana, po nim caprese.pl Grzegorza Łapanowskiego, a następnie sarna z wiśniami nadwiślankami (ChNP), słonecznikiem prażonym na oleju rydzowym w wykonaniu Łukasza Toczka. Już po chwili talerze były puste, a my czekaliśmy na pierś gołębia z udkiem confit, soczewicą duszoną z kurkami, sosem z wiśni nadwiślanki i suski sechlońskiej pomysłu Tomasza Trąbskiego. Komu było jeszcze mało mógł rozsmakować się w przygotowanej przez Tomka Woźniaka polskiej jagnięcinie z jabłkiem i miętą. Na koniec Robert Harna zafundował nam deser w postaci brownie z fasoli wrzawskiej z wiśniowym sorbetem i żelem z maślanki. Była to jedna z najciekawszych i najlepszych kolacji w moim życiu. Głównie dlatego, że została przygotowana z lokalnych, oznaczonych znakami jakości produktów, a do tego skonsumowana w pięknym otoczeniu.

 

 

Następny dzień zaczął się wcześnie – szybkie śniadanie i w drogę. Skierowaliśmy się w stronę Słupi Nadbrzeżnej i licznych sadów, w których obficie owocowała wiśnia nadwiślanka. Wiśnia odznaczona jest znakiem ChNP i występuje w pasie nadwiślanym w okolicach Ożarowa. Owoce są mniejsze wporównaniu do innych odmian, mają ciemniejszą barwę i charakteryzują się bardziej kwaskowatym i wyraźnym smakiem. Poznaliśmy historię wiśni, dowiedzieliśmy się na jakie choroby są narażone drzewa oraz trudnościach, z którymi spotykają się producenci. Mogliśmy spróbować owoców, a nawet brać udział w zbieraniu owoców – bardzo ciekawy proces, nie słyszałam wcześniej o takich kombajnach.

 

 

Po zbiorach, gdy każdy kto mógł zaopatrzył się w skrzyneczkę wiśni, wyruszyliśmy na lunch do restauracji w hotelu Montis w Poniatowej. O tym miejscu napiszę więcej niedługo, ale było pysznie.

 

Ostatnim punktem naszej podróży była wizyta w piekarni państwa Zubrzyckich w Kraczewicach Prywatnych. Od pana Tadeusza i pani Marioli otrzymaliśmy wiele informacji na temat pieczenia, działania piekarni i przede wszystkim o tym, dlaczego cebularz lubelski powinien otrzymać znak ChOG – Chronionego Oznaczenia Geograficznego. Ja znam go od dziecka, więc nie była to dla mnie żadna nowość, chociaż już dawno nie jadłam tak dobrego cebularza. Teraz wiele z nich (w sklepach i piekarniach) bazuje już tylko na tej nazwie, a nie ma nic wspólnego z tradycją i prawidłowym wykonaniem. Cebularz Lubelski zdecydowanie zasługuje na to oznaczenie i stosowną promocje w Polsce i na świecie.

 

 

 

Podróż dobiegła końca, dla mnie już w Puławach, gdzie wysiadłam z ekipą z Pora Coś Zjeść. Dziękuję za zaproszenie i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miała okazję spotkać się z poszczególnymi osobami.

  

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Adriana Baran
7 lat temu

Bardzo miło było Cię poznać Edyta 🙂 też liczę, że się jeszcze kiedyś spotkamy 🙂

1
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x